Ten serwis używa cookies i podobnych technologii, brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Więcej »

Zrozumiałem

Jak sprowadzić światowe gwiazdy rocka do małego miasta - wywiad z Piotrem Lekkim

Piotr Lekki na zdjęciu: Piotr Lekki (fot. Michał Korta)

Ponad 80 koncertów, światowe nazwiska i publiczność, która przyjeżdża tu z całej Polski – a wszystko zaczęło się od jednego pomysłu i wiary, że nawet niewielkie miasto może stać się miejscem spotkań z wielką muzyką. O pasji, kulisach i budowaniu czegoś od zera rozmawiamy z Piotrem Lekkim – muzykiem i producentem, który stworzył jeden z najbardziej wyrazistych niezależnych cykli koncertowych w kraju.

Bochnia nie jest pierwszym miejscem, które przychodzi do głowy, gdy myślimy o światowych gwiazdach rocka. W którym momencie pomyślał Pan: „zróbmy to tutaj”? I co sprawiło, że ten pomysł nie skończył się tylko na marzeniu?

Realne to stało się kiedy poznałem mojego przyjaciela Michała Kubickiego, który miał agencję organizującą koncerty gwiazd, zwłaszcza gitarowego grania. Sam jest pasjonatem muzyki więc szybko znaleźliśmy wspólny język. Pomagałem mu w wielu koncertach, które organizował w Krakowie, a pierwszym był akustyczny koncert Richiego Kotzena, który wraz z moim przyjacielem Robertem „Sierściem” Mastalerzem otworzyliśmy z naszym akustycznym duetem „Piotrek i Sierściu”. Pomogłem Michałowi przy organizacji i promocji tego koncertu co skończyło się dużym sukcesem i wtedy nabrał do mnie zaufania i zrozumiał moje intencje.

Temat jest bardzo szeroki i jest o czym opowiadać, może kiedyś napiszę książkę :). Bochnia przyszła naturalnie, mieszkam tutaj i kocham to miasto. W 2013 roku robiliśmy w krakowskim, nieistniejącym już klubie „Lizard” koncert Rona „Bumblefoota” Thala, wtedy grał jeszcze w Guns’n’Roses. Dowiedziałem się że Ron następny dzień ma wolny i ustaliliśmy, że zrobi gitarowe warsztaty/spotkanie w Bochni. Znalazłem sponsorów, dogadałem się z Miejskim Domem Kultury i zrobiliśmy wspaniałe wydarzenie, bez precedensu w naszym mieście.

Ja jestem wielkim fanem muzyki i wielbicielem talentu ludzi którzy nas odwiedzają, ten cykl trwa, bo oparty jest o pasję i miłość do muzyki. Niejednokrotnie musieliśmy dołożyć do tych wydarzeń, ale dla mnie liczy się idea i to, że ci ludzie odwiedzają właśnie Bochnię, mamy ich na „wyciągnięcie ręki” na naszym „podwórku”.

Ron Thal kiedyś podczas kolejnego z koncertów w Bochni zwiedził naszą kopalnię i z dumą mu ją pokazaliśmy.

Kończąc odpowiedź na to pytanie powiem że marzenia są po to żeby je spełniać, ale same się nie spełnią, trzeba mocno popracować.

Ma Pan kontakty, doświadczenie i środowisko – ale wielu ludzi ma podobne zasoby i nic z nich nie wynika. Co było tym momentem przełomowym, kiedy Bochnia Rocks przestało być pomysłem, a stało się projektem z prawdziwego zdarzenia?

Ludzie szukają biznesu, interesu, nasz cykl oparty jest na miłości do muzyki nie na zarabianiu pieniędzy.

Mało jest już ludzi którzy mają taką ideę.

Wszyscy liczą ile mogą na tym zarobić. Mnie zależy żeby nie dokładać, nie muszę mieć zysku, jeżeli mam, przeznaczam go na następne koncerty.

Oczywiście nie da się niczego bez pieniędzy zrealizować, więc czasem o nie musimy zawalczyć.

Wracając do przełomowego momentu. Niedługo później po pierwszym koncercie Bumblefoota Michał Kubicki podesłał mi pomysł ugoszczenia u nas T.M.Stevensa, nieżyjącego już giganta gitary basowej, który grał z całą czołówką muzyki światowej, od Tiny Turner, Joe Cockera po Stevie Vaia. Dzięki Michałowi doszło do tego koncertu, ale wtedy nawet nie marzyłem że zamieni się to w cykl.

Zrobiliśmy już około 80 koncertów prze te ostatnie 12 lat.

Co ciekawe nazwę „Bochnia Rocks” wymyślił właśnie Michał Kubicki, Kielczanin obecnie mieszkający w Warszawie. 

Czy spotykał się Pan z reakcją: „Bochnia? Naprawdę?” Jak wyglądało przekonywanie artystów, żeby zagrali właśnie tutaj? Jak wygląda przełamywanie myślenia także wśród partnerów czy instytucji?

Bochnia Rocks ma już ugruntowaną pozycję na europejskich trasach koncertowych. Zbudowaliśmy zaufanie menadżerów i muzyków, z wieloma z nich jesteśmy przyjaciółmi. Tego typu działalność opiera się przede wszystkim na zaufaniu, ale my jeszcze wykraczamy poza zwykły profesjonalizm naszym podejściem do artystów. Sam jestem muzykiem i wiem co potrzebują, żeby będąc w dużej trasie czuć się komfortowo. Moja żona Ela dba o nich jak o członków rodziny, co bardzo doceniają.

W wielu miastach dominuje podejście: „kultura dla wszystkich”, co często oznacza kompromisy. Pan postawił na niszę i najwyższą jakość. To była intuicja, odwaga, czy może świadoma strategia budowania marki miejsca?

Ja kiedyś powiedziałem, że robię te koncerty dla siebie :) i jest w tym dużo prawdy. Oczywiście gromadzimy wspaniałą publiczność, która do nas przyjeżdża z całej Polski i nie tylko, ale pomysł na to nie wziął się z analiz i przeliczeń, a z potrzeby serca i z próby zrealizowania pomysłów mimo przeciwności, ale też wykorzystania okazji która się nadarzyła dzięki Michałowi Kubickiemu. Przy okazji zbudowaliśmy markę która jest już rozpoznawalna w Polsce jak i poza granicami naszego kraju.

Na ile Bochnia Rocks jest dziś jeszcze projektem jednego lidera, a na ile stało się już trwałym elementem życia kulturalnego miasta – czymś, co może funkcjonować szerzej niż jedna osoba?

Ela i ja mamy na sobie cały ciężar formalny organizacji tych koncertów, my decydujemy kto przyjedzie i co będziemy robić dalej. Wspiera nas grupa wspaniałych przyjaciół, to trochę taki „rodzinny interes” :). Zawsze była z nami i wspomagała pani Anna Kocot-Maciuszek, dyrektor Miejskiego Domu Kultury. Ja lubię mieć wpływ na to jak te koncerty wyglądają na zewnątrz i co następnego odbędzie się z tego cyklu, ale jestem otwarty na wszelką współpracę.

Ile w tym wszystkim jest pasji, a ile walki z realiami – finansowymi, formalnymi czy instytucjonalnymi? Czy były momenty, w których ten projekt mógł się zatrzymać nie z powodu braku pomysłu, ale barier „systemowych”? 

Owszem, na początku koncerty organizował - przy współpracy z nami - wspomniany Michał Kubicki. Nasze miasto bardzo wiele mu zawdzięcza na płaszczyźnie kultury, ale po czasie Michał wycofał się, a my przejęliśmy całą działalność, z Elą - od kwestii formalnych po  artystyczne.

Jest bardzo wiele problemów związanych z organizacją. Ja sam jestem muzykiem i właściwie końcem każdego tygodnia jestem w trasie, dlatego na organizację tych wydarzeń zostaje czwartek, który nie jest idealnym dniem żeby przyjechać do Bochni z odległego miasta.

Bochnia Rocks to dodatkowa praca która pochłania nam dużo czasu, ale traktujemy to jak ważne hobby.

Niejednokrotnie mamy propozycję organizacji koncertu, czasem na bardzo dobrych warunkach, ale ze względu na to, że Kino Regis czasami jest zajęte, a nie ma w Bochni innej alternatywy, musimy odpuścić.

Z miastem rozmawiałem od lat na temat wsparcia, ale oprócz pomocy z bocheńskiego MDK jeszcze nie doczekaliśmy się współpracy. Ostatnio jesteśmy po rozmowach z władzami miasta, zobaczymy. Mam świadomość, że jesteśmy mocnym atutem promowania miasta na zewnątrz, ludzie w Polsce dobrze kojarzą nasze koncerty i nasze miasto dzięki temu.

Z perspektywy kilku lat – co było najważniejsze w relacji z miastem i instytucjami? Co zdecydowało o tym, że taka inicjatywa mogła się nie tylko pojawić, ale też rozwinąć?

Jeszcze raz powtórzę, że MDK w Bochni podzielił naszą pasję i to jest nie do przeceniania, możemy zawsze liczyć na wsparcie dyrekcji tej instytucji. Pomagali też od zawsze moi znajomi, Bochnianie, którzy rozumieli wartość tego co robimy, ale miewamy też wsparcie od ludzi z poza granic naszego miasta, mimo że nie mają w tym żadnego interesu.

Wspaniały system dzwiękowy i światła to zasługa mojego kolegi Grzesia Bartoszka, wsparcie techniczne to Piotrek Krogulec, odpowiedzialny za dźwięk jest mój brat Paweł Lekki, który ma pieczę nad całą techniczną stroną przedsięwzięcia. Bogdan Haba, prywatnie brat mojej żony, przygotowuje nam całą oprawę graficzną, włącznie z drukowaniem naszych pięknych biletów kolekcjonerskich, bardzo cenionych przez publiczność. Możemy też liczyć na zaprzyjaźnione miejsca noclegowe w naszym mieście, które spełniają wysokie standardy potrzebne do dopełnienia kontraktów.

Gdyby miał Pan powiedzieć jedną rzecz osobom zarządzającym kulturą w polskich miastach – burmistrzom, prezydentom, dyrektorom instytucji – to czego najbardziej potrzeba, żeby takie inicjatywy mogły powstawać: pieniędzy, odwagi czy zaufania do ludzi? Być może coś zupełnie innego?

Potrzeba ludzi z sercem do tego.

Jest wielu, którzy mają pomysły i chęci tylko trzeba skorzystać z ich dobrej energii. Takie rzeczy jak Bochnia Rocks wyrastają z czystej miłości. Nie da się ich wyliczyć i zaplanować w Excelu, bo jak już powiedziałem nie zarabia się na tym pieniędzy, ale korzyści z tego są znacznie bardziej wartościowe tylko trzeba je zauważać.


Więcej o projekcie Bochnia Rock przeczytanie TUTAJ.

Pon., 30 Mrz. 2026 0 Komentarzy
Rafał Rudka
redaktor naczelny Rafał Rudka